Warsztaty fotograficzne i bardzo fotogeniczne brownie

To chwilowo ostatni wpis warsztatowy. Dzięki firmie BLOmedia, z którą okazjonalnie acz owocnie współpracowałam, zostałam zaproszona na warsztaty fotograficzne z firmą Olympus. Jednym z głównych bohaterów spotkania był ten oto brownie z wiśniami i czekoladowym musem:

fotogeniczne brownie z musem czekoladowym

Warsztaty odbyły się w Krakowie w restauracji Konfederacka 4. Prowadzący Kuba Kaźmierczyk wyjaśnił nam, jak używać światła, poradził, jak komponować kadr, jakie tanie i łatwo dostępne gadżety pomagają stworzyć w domu warunki studia fotograficznego. Firma Olympus dostarczyła nam sprzęt do testowania w praktyce zaleceń Kuby. Były to aparaty Olympus Pen Lite, ale większość z nas przyniosła też swój sprzęt i zdjęcia robiliśmy porównawczo na dwóch aparatach.

Wciąż się uczę robić dobre zdjęcia (od ponad 20 lat;)) i takie warsztaty uważam za niezmiernie cenne. Choć w sumie tego, czego mi brakuje, chyba nie da się tak łatwo nauczyć…

Najciekawsza dla mnie była konfrontacja światopoglądowa, jak na jedzenie patrzą blogerzy, a jak zawodowy fotograf. Dla Kuby to piękne (apetyczne również) rzeczy, dla nas to coś, czym żyjemy, pasjonujemy się, w czym szlifujemy umiejętności i wiedzę. Dla nas produkty, to surowce, z których gotujemy, dla niego produkt, to coś, co już wychodzi z kuchni. Dla mnie osobiście problemem nie do przeskoczenia jest fotografowanie jedzenia w naczyniu, z którego bym nie podała go nawet kotu, a niestety na właśnie takich jedzenie wyjątkowo pięknie się prezentuje.
No i ten odwieczny problem, ucieszyłam się, że nie tylko ja go mam. Zgodnie z przysłowiem you can’t have a cookie and eat a cookie, nie da się położyć do zdjęcia surowców, z których została przygotowana potrawa, skoro zostały zużyte do tejże potrawy. Więc co zrobić, żeby uatrakcyjnić zdjęcie, skoro produkty otaczające potrawę nadają mu głębię i sens?

blogerzy kulinarni, warsztaty fotografii kulinarnej

Za najcenniejszą poradę tego dnia uważam stwierdzenie, że nie należy szukać ograniczeń, tylko możliwości. Święte słowa. Wymówki zawsze łatwo znaleźć, a przecież trzeba szukać lepszych rozwiązań. I one są osiągalne.

Czasem brakuje nam czasu, bo rodzina już warczy o nasze eksponaty. Czasem brakuje wytrwałości i konsekwencji w kreowaniu kadru, a czasem umiejętności, bo słońce już zaszło a bez niego ani rusz. Często brakuje miejsca na rozłożenie planu. Ale zawsze można lepiej się postarać. Można zrobić samodzielnie blendę, rozproszyć światło na jakiś duperelkach itd. Patrzę na zdjęcia sprzed „Kwiatowej uczty” i widzę, jak wiele się nauczyłam przy jej okazji. Bo nic tak nie uczy robienia zdjęć, jak robienie zdjęć. Ale widzę wciąż, ile jeszcze powinnam się nauczyć.

W ramach deseru mogliśmy się pobawić w fotografowanie przelewanego płynu, co jest bardzo widowiskowe i ogólnie cieszące. Tylko się zastanawiam, jak Kubie się nie nudzi to ciągłe chlapanie na każdych warsztatach ku radosze gawiedzi? 😉

chlapanie, sok, rozlewanie soku, splash

Podczas warsztatów świetnie było zobaczyć, jak przy pomocy niemal identycznego sprzętu, każdy z nas robi zupełnie inne zdjęcia. Jaką rolę w głębi ostrości pełni sam obiektyw. Jak jeszcze się można bawić światłem.

Konfederacka 4 zapewniła nam eksponaty i smaczny posiłek w postaci suszonych śliwek owijanych boczkiem, kurczaka z polentą oraz brownie z musem czekoladowym – boskim wprost. Choć żałuję, że nie poprosiłam o główne danie wegetariańskie, bo kurczaki to naprawdę nie nadają się obecnie do jedzenia, ale było mi głupio, bo przystawkę zjadłam mięsną, więc nie miałam wymówki podszywania się pod wegetarianizm. A w dodatku na moim talerzu nie było ani kawałeczka brokuła 😦

Minusami spotkania była arktyczna temperatura panująca w lokalu – przez pierwszą godzinę siedzieliśmy skuleni w płaszczach i prawie się nie odzywaliśmy. W sumie dopiero pod koniec zaczęło się robić ciepło, wieczorni goście pewnie mieli już cieplusio. Po drugie warsztaty odbywały się w sali otwartej na kuchnię, co ma swój urok, jednak w pewnym momencie tłuszcz ze smażenia cebuli spłynął na palenisko. Od gryzącego dymu chciało mi się płakać, a smrodem przesiąkłam tak bardzo, jak chyba tylko zdarzało się za studenckich czasów, kiedy w knajpach nie obowiązywał zakaz palenia. Po powrocie do domu wrzuciłam do prania wszystko, co miałam na sobie, łącznie z plecakiem i paskiem od aparatu. Prania oszczędziłam jedynie butom i samemu aparatowi, którego za to szorowałam wacikiem, bo też prześmierdł nieziemsko.

Merytorycznie nie mam żadnych zarzutów, a jedynie podziękowania, Kuba odpowiadał na każde zadane pytanie i udzielał porad w każdej poruszanej kwestii. Oprócz porad technicznych pokazywał, jak podrasować zdjęcia już podczas transferu. A nawet jak to się nagina rzeczywistość w fotografii komercyjnej. 

Bardzo dziękuję organizatorom za to spotkanie i możliwość nauki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s