Ramen burger, rice burger i kartofel burger

Jakiś czas temu miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach w krakowskiej restauracji Moo Moo. Szczerze mówiąc, bardzo się zdziwiłam, że mnie zaproszono kolejny raz po mojej poprzedniej relacji z mięsnego spotkania, ale tym bardziej doceniam gościnność pani Beaty, menadżerki Moo Moo, że chciała zaprosić taką wredną babę jak ja. No bo jak inaczej określić gościa, który zaproszony na degustację wołowiny prosi o grillowane warzywa? 😉 I je dostaje!

Powodem spotkania była polska premiera rice-burgera i ramen-burgera. Zasadniczo chodzi o to, żeby bułkę w burgerze zastąpić zapieczonym ryżem lub chińskim makaronem ramen – mniej więcej takim, jaki jest w chińskich zupkach. Podobno takie wymysły fusion wzbudziły ogromną sensację w Nowym Yorku, gdzie ustawiały się gigantyczne kolejki, by spróbować owych nowinek. Na zdjęciu ramen-burger od Tao.

ramen burger

Logistycznie w orientalnych dodatkach Moo Moo wspomagały restauracje Tao i Zen Sushi, choć niestety nie obyło się bez poślizgów – ale cóż, ciężko się pracuje w cudzej kuchni, więc wszystkie ciepłe składniki nie trafiły na nasz stół jednocześnie. Wydaje mi się, że dwukrotnie wyższa liczba uczestników w porównaniu do poprzedniego spotkania, mogła się przyczynić do tego chaosu. Jednak znów pani menadżer potrafiła wybrnąć z sytuacji i przeprosić.

Miłym dodatkiem do warsztatów był wykład okraszony degustacją win Urugwajskich, który poprowadził pan Michał Stępień z Domu Wina. Wykład był bardzo ciekawy, a pan Michał tchnął profesjonalizmem i ogromną wiedzą. Wina były wyborne, jednak narzucone tempo – zdecydowanie za szybkie. Nawet uwzględniając niewielkie ilości serwowanych win, to nie nadążaliśmy z jego piciem i humory na sali szybko się podniosły do poziomu głupawego chichotu, tak charakterystycznego dla kolejnych lampek wina 😉

Ale wracając do fusion burgerów: nie smakowały mi. Ani ramen-burger, ani ryżowy burger. Były zupełnie nieporęczne i w sumie nijakie. Widać nie dla mnie Nowy York;) W końcu mięso oddałam sąsiadowi. Natomiast bardzo sobie ceniłam zaserwowane dodatki, których można było dowolnie używać. Mnóstwo pysznych, świeżych warzyw i słodko-winna marynowana japońska gruszka nashi potwierdziły, że Moo Moo dba o jakość składników.

Atmosfera spotkania była bardzo sympatyczna i zdecydowanie swobodna. Siedziałam przy stoliku z kompletnie obcymi ludźmi, ale świetnie się bawiłam. Razem z sąsiadem zaczęliśmy wymyślać nowe wariacje na temat burgerów i doszliśmy do wniosku, że może kartofel-burger, czyli mieloniec między dwoma plackami ziemniaczanymi, bardziej by trafił w polskie podniebienia niż chińszczyzno-japońszczyzna rodem z Brooklynu.

Pomimo iż serwowane dania mi nie smakowały, uważam ten wieczór za bardzo udany. Próbowanie nowych rzeczy jest zawsze wskazane, a Moo Moo zapewniło miłą atmosferę i rozwój intelektualno kulturalny.

Bardzo dziękuję za zaproszenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s