Poznańskie impresje – część I prywatna

Relację z Gastronomii na Obcasach – Teatr Szkoła Kulinarna, gdzie prowadziłam warsztaty: „Kwiatowe inspiracje w potrawach”, zacznę od wrażeń około-kulinarnych, a przepisy będą w drugiej części:) Tymczasem możecie obejrzeć zdjęcia zamieszczone przez organizatorów.

Na to wydarzenie zostałam zaproszona jako autorka książki kulinarnej. Chociaż na książkę musimy poczekać do października, możecie już polizać cukierek przez papierek i obejrzeć okładkę :P

Wyprawa do Poznania na Targi Gastronomiczne to było dla nas wielkie przedsięwzięcie ze względu na Mamutka, dla którego nadal głównym pożywieniem jestem ja. W związku z tym pojechaliśmy wszyscy w czwórkę, z Mamutkiem jako pasożytem, W jako szoferem i niańką oraz Córcią – tradycyjnie przylepą. Droga była koszmarna. Krajowa 5 to niezbyt przyjazna trasa dla niemowląt:/ Ludzie, na Euro2012 przybywajcie samolotami, bo autem utkniecie za traktorem i tyle z meczów zobaczycie!

Pierwszy wieczór spędziliśmy u Grażynki i mogliśmy się przekonać na żywo, jak smacznie Grażyna gotuje. Grażynka okazała się bardzo ciepłą i otwartą osobą, poza tym niezmiernie gościnną. Zaś Córci bardzo się spodobała córka Grażyny. W dwie rodziny spędziliśmy sympatyczny czas nad suto zastawionym stołem. Wymieniłyśmy się z Grażyną przetworami, przy czym W tą zamianą był szczególnie zachwycony, bo nie jest żadną tajemnicą, że kwiatki nie robią na nim żadnego wrażenia, zaś ogórki i pomidory już tak:) Zaś przetwory Grażyny były wprost wyborne! Poza tym pyza pieczona w mikrofali – rewelacja!

Drugiego dnia dotarliśmy na Poznańskie Targi GastroTrendy, w ramach których odbywała się Gastronomia na Obcasach. W pierwszej chwili czułam się oszołomiona hukiem panującym na hali wystawowej, później w ferworze pokazu ledwie go rejestrowałam. W z dziećmi zwiedzali Targi, a ja się wzięłam za wstępne przygotowania. Poczułam też na własnej skórze, co rozumiał Anthony Bourdain opisując kuchenny rozgardiasz;) Do piekła było daleko, jednak zaplecze Teatru Kulinarnego było strasznie ciasne, nikt nie mógł znaleźć sitka, a składniki potraw były ciężkie do zlokalizowania poupychane w niebotycznych stosach. Jednak było bardzo czysto i w całym tym chaosie – schludnie. Poza tym w pewnym momencie jeden z organizatorów zaczął na mnie pokrzykiwać, że naczynia są źle myte i powinnam się nauczyć obsługiwać zmywarkę;) Nawet się na niego nie obraziłam, bo podkuchennymi były same młodziutkie dziewczyny i poczułam się dowartościowana, że może nadal wyglądam na moje dwadzieścia lat;)

Nieco się stresowałam gotowaniem, jednak na szczęście przydzielono mi do pomocy dwie z tych przesympatycznych dziewcząt (DZIĘKUJĘ WAM SERDECZNIE ZA POMOC!), które przejęły większość spraw technicznych związanych z przygotowaniem dwóch dań. Co prawda potrawy wyszły nieco inaczej niż planowałam i skład różnił się od przepisów podanych na ściągach, ale to nie była ich wina, a jutro sprostuję receptury:)

Oczywiście tuż przed rozpoczęciem zjawił się W z wygłodniałym Mamutkiem i zamiast rozstawiać gadżety na blacie, karmiłam niemowlaka na trawniku przed halą;P

W gotowaniu dzielnie przeszkadzała, to znaczy pomagała!, pomagała mi Córcia, która z zapałem próbowała każdego kwiatka, przyrządzała swoje alternatywne dania i służyła mi za żywą ilustrację Kwiatożerstwa wpychając do buzi całą orchideę;) Od razu przybiła sztamę z pomagającą Sylwią i strasznie jej się podobało to gotowanie. Stwierdziła, że jest bardzo fajnie, bo jest tak samo jak w naszej kuchni :O ???

Pokaz chyba się udał, a kwiatki smakowały. Ja również byłam zadowolona. Do czasu… Aż zobaczyłam zdjęcia. Dlaczego nikt mi nie powiedział, że jestem tak koszmarnie rozczochrana?! Wielkopolskie wiatry (w Krakowie tak nie wieje, no chyba że Halny:)), Mamutek rozkosznie czepiający się mnie 5 minut przed rozpoczęciem warsztatów i mikrofon na zbyt dużej opasce przeobraziły mnie w wiedźmę Ple-ple, a ja nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy 😛

Warsztaty minęły szybko. Na szczęście dla Mamutka, który zdenerwowany chaosem hali targowej postanowił go zagłuszyć i W przegapił większość imprezy.

Wieczór spędziliśmy na poznańskiej Starówce rozkoszując się niesamowitą atmosferą Starego Rynku. I wreszcie zrozumiałam, co miał na myśli nasz kolega, który kiedyś stwierdził, że wstępując na poznański Rynek przekracza się granicę do innego państwa. Absolutnie unikalne wrażenie, które spróbowałabym opisać jako kameralne spotkanie przy kawie kilkuset osób. Niestety byliśmy już wszyscy bardzo zmęczeni, a że nie mamy zwyczaju zamęczać obcych ludzi dziecięcymi żalami, więc szybko się zmyliśmy do hotelu.

Kraków przywitał nas tęczą:)

Kwiaty i potrawy opiszę w części drugiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s