Przyjęcie herbatkowe, czyli niejadek znów oswojony

Wróciła przypadkiem kwestia niejadków. Nie mojego, bo mój to zasadniczo jadek:) Konkretnie chodziło o unikanie owoców.

– Mama, mogę zaprosić koleżankę?
– Oczywiście. A kiedy?
– Teraz! I zrobisz nam przyjęcie herbatkowe!

Czyli jak zwykle nie mam nic do gadania…

Małe wyjaśnienie: przyjęcie herbatkowe to nasza letnia zabawa. Wystawiałam stolik na balkon, przykrywałam roboczą serwetą i zajadałyśmy drobne sezonowe smakołyki (np.: nadziewane maliny:)), a Córcia jako gospodyni nalewała lalkom, psinkom i kucykom herbatkę brzoskwiniową (dlatego też przyjęcie musiało się odbywać na balkonie, bo nalewanie czasem nie wychodziło, a raczej nie wchodziło tam gdzie trzeba;)). Czasem byłam zaproszona, czasem nie – dzięki czemu miałam ponad półtorej godziny świętego spokoju przerywane jedynie wołaniem o kolejną porcje herbaty:)

Tak więc, co można podać bawiącym się dzieciom? Wiadomo – coś słodkiego. I dałam. To co miałam. Same słodkości:)

Przyjecie dla dzieci

Największe wzięcie miały kwiatki z marchewki. Poszły na to 3 i pół marchewki! Oprócz tego w drugiej turze musiałam donieść: orzechy, migdały i mleko, bo takie było życzenie:)

I nie było by w tym nic niezwykłego, ot dzieci bawiące się w przyjęcie, gdyby nie babcia koleżanki, której oczy wychodziły z orbit, że jej wnuczka znajduje przyjemność w jedzeniu owoców.

A tak się składa, że u koleżanki w pokoju na półeczkach stoją opakowania żelków, ciasteczek, chrupków i cukierków wszelkiej maści. I codziennie są uzupełniane!

Nie przyznałam się też do podania koziego mleka (choć wystarczyłoby się chwilę zastanowić), pamiętając mrożącą krew w żyłach historię o obrzydzeniu ogarniającym rodzinę koleżanki po zjedzeniu sera z owczego mleka…

Nie wierzę, że dzieci nie lubią warzyw czy owoców. Nikt mi nie wmówi, że dzieci nie lubią zielonego jedzenia. Nie jest dla mnie argumentem, że dziecko nie zje nic innego do obiadu tylko ziemniaki, więc codziennie na obiad muszą być ziemniaki. Dzieci jedzą tak, jak je wychowacie. I tyle.

A przecież czasem wystarczy zmienić formę podania i zmieni się całe podejście dziecka…

Nie mam nic przeciwko słodyczom, co zresztą widać. Ale rozsądnie: mało, nie codziennie i z zachowaniem higieny żywienia. Mówię to jako matka dziecka, które uwielbia frytki, ale prosi o dokładkę kaszy gryczanej. Które zjada kawałek ukochanego ciasta czekoladowego ale odkłada połowę, bo ma na razie dość. Które dałoby się pokroić za paczkę orzechów w czekoladzie, ale które wyżera mi połowę jarzyn w czasie obierania ich do zupy. Które w aptece odmawia pani magister lizaka, bo woli dokończyć jabłko (leki – 60 zł, mina farmaceutki – bezcenna:D).

Nie chodzi o obsesję czy o faszyzm żywieniowy, ale jedzenie jest ważne. Bardzo ważne, bo nasz organizm zbudowany jest z tego, co zjemy i funkcjonuje tak, jakich składników mu dostarczymy. I nie jest to żaden frazes, tylko biochemiczny fakt.

Takie jest moje zdanie. Ale cudze dzieci to nie mój problem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s