Pies i parówka

Mój pies. Moja Psinka. Niedawno miałaby urodziny.

Podobno charty afgańskie to najgłupsza rasa psów. Może. Jeśli się psa hoduje, faszeruje odżywkami, do jedzenia zakłada skarpetę na uszy i podwiązuje gumkami sierść do sikania, uczy chodzenia po wybiegu na cienkiej jak żyłka smyczy i ładnego leżenia, żeby się nie pogniotła medalowa sierść, to ma się głupiego psa.

Jeżeli się po prostu kocha, karmi jedzeniem a nie karmą, wspólnie biega po pełnych rzepów polach, śpi i wypłakuje w kudłach, to ma się mądrą przyjaciółkę, fajną siostrę, bezradne dziecko, a nawet czułą opiekunkę. Po prostu członka rodziny.

Tyle wspomnień… Charty zazwyczaj żyją około 12 lat. Tyle lat miało 5 jej rodzeństwa. Ona żyła 16. To mnóstwo czasu dla dziecka, dziewczyny, kobiety. Jak się zastanowić, to niemal połowę życia spędziłam z tym psem. Jeżeli dziecko wychowuje się z psem, wiele zyskuje. Pewnie wiele też traci, ale nic rzeczywiście ważnego nie potrafię akurat wymienić…

Drobna, śliczna i mądra suczka. Była trochę ciapowata. Raz raczkujące po łące niemowlę ścisnęło jej dziecięcym imadłowatym uściskiem nos, matka dziecka omal nie dostała zawału, a psina tylko skiałknęła z wyrzutem i wstała nawet nie trącając malucha.

Pamiętam, jak usiłowaliśmy ją oduczyć ściągania ze stołu. Przygotowaliśmy ładunek pieprzu i chilli w zawiniątku z kiełbasy zostawionym na skraju stołu, a słodki szczeniaczek pożarł i wdrapał się na krzesło, by sprawdzić, czy nie ma więcej.
Jak biegała po łące. Kiedyś poszłyśmy na spacer z psem wyścigowym. Chociaż wspólne bieganie doprowadziło ja do zadyszki niczym kowalski miech, to pomimo 10 lat na karku nie popuściła mu nawet na centymetr. Jak przewróciła choinkę, jak zabrała mi całego kotleta z ręki, jak gdyby nigdy nic, jak podsiadała mój fotel, jak zbierała grzyby. Jak się wytarzała w najbardziej śmierdzącej padlinie akurat 5 minut przed powrotem z wakacji. Jak wiła gniazdko w moich ubraniach. Jak ją nieśliśmy do domu w wielkiej torbie (w zamian za starego Rubina). Jak próbowała mnie wykarmić w czasie urojonej ciąży. Jak umiała liczyć do trzech. Nasz system komunikacji niewerbalnej. Jej niemożebne pozy we śnie na fotelu. Jak przez przypadek pogryzła ojca. Jak zaganiała barany. Jak omal nie umarła z tęsknoty, kiedy wyjechałam na stypendium. Jak ostrzegła mnie przed pożarem w kuchni.

Była taka jedna chwila, kiedy siedziałam wtulona z jednej strony w jej kudłaty bok, a z drugiej w mocne ramię W, i to był pierwszy raz w moim życiu, kiedy poczułam gigantyczną, najczystszą i prawdziwą miłość otaczającą i przenikającą mnie na wskroś.

To z W odprowadzaliśmy ją ostatni raz. W kopał dół w mokrej glinie między krzewem psiej róży a badylem orzecha, który teraz zdążył już wyrosnąć w piękne drzewo, a ja ociekając deszczem nie potrafiłam wypuścić z rąk tej najukochańszej mordy, czując jak ogromny połeć mojego serca zasypywany jest razem z nią.

Nauczyłam się przy niej wielu rzeczy, przede wszystkim radości z życia, spokojnego delektowania się chwilą, jakby ten dzień miał być ostatnim. I tego, jak trzeba się pożegnać.

Tęsknię za nią okrutnie. Za jej oczami, długim pyskiem wtulanym w załom mojego ramienia, zimnym nosem na policzku nad ranem, za merdaniem ogonem przez sen.

Moja sunia nie jadała słodyczy, chociaż lubiła zwykłe kruche ciasteczka. Parówki lubiła. Bardzo. Ale tylko te dobre. Na parówkach odbywała się pierwsza tresura:)
Dziś pies z parówki (choćby i sojowej), choć nie umiem zrobić z parówki afgana…

pies z parówki, pies z parówek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s